Z podejściem do pomieszczonej w dużej sali wystawy „W poszukiwaniu Autentyku”, gromadzącej dzieła pięciu artystów każdy musi sobie poradzić indywidualnie. Dr Kitowska w stanowiącym odrębną, niezwykle interesującą jakość wstępie do katalogu (jeszcze ciekawszy jest jej tekst do pięknie wydanego przez BWA katalogu Dwurnikowego) podpowiada tropy, po których możemy się poruszać, ale nie wszystkich mogą one przekonać. Wskazówka, że chodzi głównie o motywy z Schulza – Autentyk i Księgę – z którymi każdy artysta się zmaga, nie są do końca klarowne.
Pozostają dzieła. Bliskie drohobyckim cieniom, żydowskim śladom i Schulzowskim ideom szczególnie w surrealnych, zapisanych jak Księga (w gablotach zamknięto zwarte w książki niby inkunabuły, np. „Lapis”) Zbigniewa Makowskiego czy podpowiedzianych tytułami („Studia talmudyczne”, „Talmud polski”) ośmiu abstrakcjach Stanisława Fijałkowskiego. Motywy mandali rozpisane w pracach Andrzeja Strumiłły, to mierzenie się z odległymi kulturami. Niekiedy ocierające się o herezję obrazy Eugeniusza Muchy, to wadzenie się z polską religijnością i uczłowieczanie Boga. Wreszcie mamy prace mistrza Jerzego Nowosielskiego. Głównie abstrakcje dające odczuć, jak prawdziwe są słowa obecnego na wernisażu Andrzeja Strumiłły, że ten artysta jeśli chodzi o formę jest obdarzony „słuchem absolutnym”. Jeśli ktoś nie lubi tych igraszek z czystą formą, może bezgranicznie się zakochać w zmierzającej ku figuratywności „Monografii nieznajomej”, bo ma się wrażenie, że w stopklatkach obwodzących widok jej pleców jest o damie powiedziane więcej niż w niejednym dziele literackim. Taki talent miał też Schulz.
Jedno jest pewne. Takiego zgromadzenia wybitnych artystów, akurat przedstawicieli przedwojennego pokolenia (urodzeni pomiędzy 1922 i 1930 r.) dawno w Lublinie nie mieliśmy. I już tylko za to – chwała organizatorom!

Andrzej Molik






Komentarze
Na górę